f
Muzzaica - hiszpański rock & metal
Polski  | Español

Hora Zulu na 25-lecie — koncert, którego nie można było przegapić


Barcelona, Sala La Nau, 14.11.2025



Plakat koncertu Kapelę Hora Zulu mam na oku od dobrych kilkunastu lat, więc gdy pod koniec października odkryłam, że w moim ulubionym miesiącu na wizyty w Hiszpanii — listopadzie — w Barcelonie dzień po dniu zagrają najpierw grenadyjczycy, a potem autorzy Muzzaicznej płyty roku 2019 (Avida Dollars) oraz 2024 (Ezpalak), decyzja mogła być tylko jedna. Barcelono, lecimy! Tym bardziej, że w mieście, w którym spędziłam Erasmusa, nie byłam od czasów przedpandemicznych — to więc dobry moment, by wrócić na „stare śmieci”!

***

Choć marzyłam o zobaczeniu Hora Zulu na żywo, nie ukrywam, że miałam pewne obawy. Rap metal z ogromną ilością słów wydawał mi się ryzykowny w wersji koncertowej. Jak bardzo jednak się myliłam! Zespół udowodnił mi, że potrafi wytworzyć na sali koncertowej świetną atmosferę.

Do La Nau weszliśmy tuż po 21:00. Sala była już szczelnie wypełniona, choć dopiero zaczynał się występ supportu, miejscowej kapeli Iceland. W powietrzu czuć było wyczekiwanie na główną gwiazdę, a energia publiczności zwiastowała udany wieczór.

Hora Zulu wyszli na scenę z przytupem i utrzymali tempo przez cały, intensywny set obejmujący około dwadzieścia utworów. Z okazji 25-lecia nie mogło zabraknąć przekrojowej podróży przez całą karierę, ze szczególnym ukłonem w stronę debiutu — rewelacyjnej płyty Me duele la boca de decirlo (2002). I dobrze, bo to właśnie klasyki z tego albumu - „Tientos”, „Tango” czy „Golpes de Pecho” - zrobiły na mnie największe wrażenie obok mocarnych numerów z Creer querer / Querer creer (2008), jak „Toma y obliga” czy „En tu nada”. Wszystkie zabrzmiały potężnie i świeżo, jakby powstały wczoraj.

„Tientos”

Wokalista Aitor Velázquez przez cały koncert utrzymywał świetny kontakt z publicznością — rzucał krótkimi komentarzami, żartował, a sala reagowała żywiołowo i chętnie śpiewała razem z nim. Choć w twórczości Hora Zulu muzyka, w tym charakterystyczna gitara mistrza Paco Luque, odgrywa ważną rolę to na żywo Aitor jeszcze mocniej wysuwał się na pierwszy plan. Wrażenie to potęgowało dość ciemne oświetlenie, z dominującym reflektorem skierowanym na wokalistę. Całość tworzyła typowy dla ich koncertów klimat: artystyczny, ale jednocześnie surowy, intensywny i mocno skupiony na przekazie.

Wieczór minął zaskakująco szybko — to chyba znak, że koncert wciągnął mnie bez reszty. Po wszystkim ruszyliśmy po merchandising. Stoisko było sprytnie ukryte z tyłu sali, po przeciwnej stronie do wejścia, i dopiero gdy tłum się przerzedził, udało się je dostrzec. w Niedługo po koncercie muzycy wyszli do fanów, więc można było złapać autograf, zrobić zdjęcie i zamienić parę słów. Niestety zapomniałam wziąć markera, więc misja „podpisy” nie obyła się bez problemów — ale i tak udało się zdobyć fajne pamiątki. ;)

Po 25 latach na scenie Hora Zulu wciąż pozostają w znakomitej formie. I choć zachęcam przede wszystkim do poznania ich muzyki przez albumy, to warto się wybrać również na koncert. Ja wracam z Barcelony zdecydowanie usatysfakcjonowana — i z jeszcze większą sympatią do zespołu, który w ten jeden wieczór zabrał mnie w cudowną podróż do mojej ukochanej Grenady.

„Agua de Mayo”

Galeria zdjęć