Na początek chciałabym wam pogratulować wspaniałego koncertu, tu, w Barcelonie. Zarówno ja, jak i cała publiczność byliśmy pod wielkim wrażeniem i bawiliśmy się świetnie. Jednak wydaje mi się, że jeszcze lepiej bawiliście się wy. Tego szukacie w muzyce? Dobrej zabawy?
Pablo: Po pierwsze czerpiemy przyjemność z robienia muzyki, ale gdy potem gramy koncert najbardziej nas interesuje, żeby stworzyć go razem. Po jednej stronie publiczność – ci, którzy przychodzą nas zobaczyć, po drugiej zespół. Kiedy publiczność się angażuje, odpowiada, my angażujemy się jeszcze bardziej. Naszym celem, co noc jest sprawić żeby ludzie dobrze się bawili, zwłaszcza teraz, w czasach kryzysu, kiedy ludzie nie mają pieniędzy, kiedy wielu zostało bez pracy. To, że ktoś płaci, żeby nas zobaczyć nakłada na nas odpowiedzialność i musimy dać z siebie więcej niż jesteśmy w stanie i chcemy to robić: dla publiczności, dla ludzi, którzy przychodzą nas zobaczyć. To właśnie próbujemy osiągnąć każdego wieczoru.
Ponieważ jest to pierwszy wywiad jakiego udzielacie polskiej publiczności, chciałabym żebyście opowiedzieli nam trochę o waszej muzyce. Co jest według was najważniejsze, na czym najbardziej się skupiacie?
Álvaro: Bez wątpienia są to piosenki. Jeśli masz bardzo dobre brzmienie, świetny wizerunek, świetną postawę... świetne wszystko, ale nie masz piosenek, to wszystko jest na nic. Wszystko to co mamy: brzmienie, postawę, to co widzisz na scenie jest konsekwencją piosenek, jest konsekwencją szukania połączenia z ludźmi. Kiedy się z nimi łączysz przez piosenki, ludzie dają Tobie, a Ty wyciągasz z siebie dwa razy więcej, zdajesz sobie sprawę, że to, co najważniejsze tkwi w piosenkach i to jest podstawowy punkt, gdzie wszystko się zaczyna.
A co jest najważniejsze w samych piosenkach? Muzyka, melodie, teksty?
Álvaro: Po trochu wszystko, bo nie robimy piosenek, chcąc coś osiągnąć. Zaczynamy pracować i piosenki wychodzą nam w naturalny sposób, bo znamy się bardzo dobrze. Przede wszystkim jednak chodzi o dobry gust, o to, by wiedzieć co ci się podoba, bo jeśli podoba się tobie, być może innym ludziom tez się będzie podobać. I to jest metoda, którą stosujemy.
Porozmawiajmy o waszej karierze, zaczynając od początków zespołu. Z pięciu albumów, które nagraliście tylko cztery powstały w obecnym składzie. Czy to oznacza, że wasz pierwszy album, „3000 grados” jest już zapomniany?
Alejandro: Pierwszy album nagraliśmy z innym wokalistą. Ja osobiście dołączyłem do zespołu kiedy wszystkie utwory były już skomponowane. Nagrałem płytę, ale na poziomie kompozycyjnym nie wniosłem właściwie nic. Nagraliśmy album, zaprezentowaliśmy go i mieliśmy dużo problemów z poprzednim wokalistą. Dlatego tamten album był dla nas: dla José – perkusisty, Israela – drugiego gitarzysty i dla mnie, trochę jakby końcem pewnej epoki, która była początkami zespołu jako takiego. Kiedy zmieniliśmy wokalistę mogliśmy się zdecydować na zmianę nazwy grupy, bo zmiana wokalisty zawsze jest czymś ważnym w życiu każdego zespołu, ale też myśleliśmy wtedy że gdyby ktoś inny z nas opuścił grupę nie chcielibyśmy zmieniać nazwy. Zatem woleliśmy kontynuować pod tą samą nazwą, mając już pewną pracę wykonaną i poszukać nowego projektu.
A jak to odbieracie teraz?
Alejandro: Tamto zostało za nami, cztery płyty później nie ma już dla nas sensu wracać do czegoś z czym oni dwaj (czyli Pablo i Álvaro którzy dołączyli do grupy po wydaniu „3000 grados” – J.K.) nie mieli nic wspólnego, a ja też nagrałem płytę, ale na poziomie kompozycyjnym nie miałem nic wspólnego z tamtymi czasami. To było raczej zamknięcie pewnej epoki, etapu i historii grupy, która miała swoje szczęśliwe zakończenie czyli nagranie tamtego albumu. Koncerty, które wtedy daliśmy były jak rozpoczęcie od zera. Teraz to jest nowy zespół, który niewiele ma wspólnego z tamtym. Nie wypieramy się tamtego etapu, konieczne było nagrać tamtą płytę i zdać sobie sprawę, że to nie było to czego chcieliśmy.
A co w takim razie z „Diablo Blvd.”, waszą kolejną płytą? Ponieważ nagraliście ją już w obecnym składzie, a jednak kawałków z niej nie gracie zbyt często na koncertach...
Israel: Teraz, z czasem myślę, że „Diablo...” był jakby albumem przejściowym, z poprzedniego etapu do następnego, z nowym składem. Zaczęliśmy wtedy z wielkimi chęciami, chcieliśmy grać bardzo mocno, bardzo dziko... a teraz tamte piosenki nie do końca nam pasują. Jednak nie powiem, że nigdy nie będziemy grać piosenek z „Diablo Blvd”, tylko że teraz mamy inny rodzaj piosenek i te z „Diablo Blvd.” zostają nam trochę na boku. Ale nadal gramy je na próbach.
Alejandro: Raz na jakiś czas pojawia się jakaś i na koncercie.
Israel: Jasne, poza tym, pomyśl że gramy „Diablo” już ile czasu? 10 lat...
Alejandro: Na koncertach zauważasz, że publiczność nie reaguje w ten sam sposób. Próbujemy włożyć piosenki z Diablo, ale kiedy gramy którąś, nie zauważamy tej samej reakcji ze strony publiki. Być może dlatego, że jest wielu ludzi, którzy jej nie znają. Zatem zostają na boku także trochę przez to. Repertuar robimy jak nam się zachce, ale jeżeli widzimy, ze jakaś piosenka nie popłynęła, nie zafunkcjonowała wypada, dlatego piosenki z „Diablo Blvd.” stopniowo znikały. Teraz czasem powracamy do jakiejś, bo mamy na to ochotę, albo ktoś nam powie: „słuchaj, zagrajcie to i to...”

Ale dziś nie pojawiło się nic z „Diablo...”
Alejandro: Dziś mieliśmy ograniczoną ilość czasu. Gdyby ktoś jeszcze krzyknął: „Viaje Sin Fin”, bo słyszałem jak jedna osoba krzyczała... Gdyby ktoś jeszcze prosił, krzyczał głośniej, może byśmy zagrali.
A może takim pomysłem na przypomnienie tych piosenek byłoby zorganizowanie koncertu z samym „Diablo Blvd.”. Teraz to jest w modzie, robi to na przykład Metallica ze swoim czarnym albumem.
Israel: Zrobilibyśmy to gdyby nie dwa problemy: nie wiem czy Pablo da radę na poziomie wokalnym, bo dużo krzyczy na tej płycie, trzeba by było go przekonać (śmiech). Z drugiej strony oznaczałoby to zrobienie koncertu dla 20 osób. Nie znamy potencjalnego odzewu, ale kto wie, może któregoś razu zrobimy koncert z „Diablo Blvd”.
Zostawmy „Diablo Blvd.” i przejdźmy do następnego etapu waszej kariery. Płyty „Uzzhuaïa” i „Destino Perdición” były już bardzo dojrzałe, świetne i przyniosły wam uznanie ze strony mediów oraz dużo nowych fanów. Wszystko zaczęło się od koweru Heroes del Silencio „La Chispa Adecuada”. Czemu nagraliście ten kawałek: to był chwyt, by zdobyć więcej publiczności, czy też po prostu tak bardzo wam się podobał?
Israel: Tak na prawdę obie te rzeczy miały znaczenie. Z jednej strony Gonzalo (Gonzalo Pareño – J.K.), który był naszym producentem od zawsze i który zmarł niedawno, zawsze przynosił wiele płyt i mówił że powinniśmy nagrać swoją wersję, bardziej komercyjną, ale nie wiedzieliśmy co ma na myśli, jaki zespół, ani nic. Później, z drugiej strony, wyszła ta piosenka. Pewnego dnia graliśmy ją na próbie, Pablo przyniósł ten pomysł, i powiedzieliśmy sobie: „ok, może to jest właśnie to, co ten chłopak miał na myśli...” Ale częścią komercyjną zajął się Gonzalo, my tylko jak te woły, przyjeżdżamy, podłączamy się i jedziemy na przód i niech brzmi na maxa (śmiech).
I wtedy postanowiliście ją nagrać?
Israel: Pomysł spodobał się Gonzalo, trochę wypolerował nam piosenkę i w końcu zdecydowaliśmy się ją nagrać. Zdecydowaliśmy że ją nagramy, ale chcieliśmy ją zamieścić na płycie tylko jeśli spodoba nam się ostateczny rezultat. I w końcu prawda jest taka, że wyszła nam kolejna piosenka, wiesz, nasza piosenka. Nie kower Heroes del Silencio tylko nasza piosenka, która jest wersją tej Heroes del Silencio, a to moim zdaniem jest różnica. Spodobała nam się bardzo. Oczywiście potem, gdy nagrywaliśmy teledysk, zauważyliśmy, że ma ona potencjał komercyjny, ale to nas nie obchodzi.

Alejandro: Pójściem na łatwiznę byłoby, gdybyśmy nagrali „Maldito duende” albo „Entre dos tierras”, dużo bardziej znane piosenki Heroes del Silencio. My po prostu wybraliśmy jedną z ich piosenek. Zresztą nie jest to zespół, który na nas jakoś bardzo wpłynął, ale pewne elementy mamy podobne, wspólne wpływy. Zawsze lubiliśmy ten zespół, ale widzieliśmy, że czegoś im brakuje, że brakuje im trochę rocka, czegoś, co mamy my.
I uznaliście, że tej piosence też czegoś brakuje?
Alejandro: Ta piosenka podobała się nam, ale ich wersja jest bardziej akustyczna, dużo spokojniejsza. Chcieliśmy zaadaptować ją do naszego stylu i ten kawałek jest świetny. Tak jak mówi Israel, gdybyśmy nie byli pewni, gdyby nam się nie spodobała nie weszłaby na album, choćby nie wiem jak bardzo była Heroes del Silencio. Ale spodobała się nam i weszła na album, zaczęliśmy z nią działać, spodobała się ludziom z wytwórni i zobaczyliśmy, że daje nam możliwość dać się poznać publiczności, którą mogłaby zainteresować nasza muzyka. Dlatego ją nagraliśmy.
Dziś ją zagraliśmy, ale minęły miesiące, od kiedy ostatni raz zabrzmiała na naszych koncertach. Czasem ją przypominamy, ludzie ją znają i to doceniają. Chociaż z drugiej strony zyskaliśmy sobie także wiele głosów na nie, od fanów Heroes del Silencio, którym się nie podoba, bo są przyzwyczajeni do innego brzmienia.
